PORY ROKU KORY
Wysokie obcasy, dodatek do Gazety Wyborczej, 06.11.1999r. 

Dzień po dniu ćwiczyła arie. Marek komponował muzykę. A potem było to "Boskie Buenos" 

Napatrzyłam się na ludzi, którzy ulegali swoim słabościom. Ja od dziecka wiedziałam, że jak ugrzęznę w tym, co mi zesłał los, zginę. 

Ludzie mają z Korą kłopot. - Wielu chciałoby ją zaszufladkować i mieć spokój - mówi Henryka Bochniarz, bizneswoman i przyjaciółka Kory. - A Kora nas zmusza do zastanowienia się: co takiego w niej tkwi, dlaczego jest "zjawiskiem"? 


Hanna Bakuła, malarka i przyjaciółka Kory, zna odpowiedź: - Kora to wielka artystka. A artyście wolno wszystko: kłamać, zdradzać, wrzeszczeć, tłuc (coś, kogoś!). 

Annę Kubczak wzrusza mówienie o siostrze: - Ona tak przeżywa swoje występy w telewizji, że nawet ich nie ogląda. Dzwoni tylko i pyta, jak było. 

Lata dziecinne płynny żar 

Anna pamięta podwórko domu w Krakowie. Lubiła, gdy gałęzie drzewa zaglądały do sutereny, w której mieszkała z rodzicami i trzema braćmi. Rodzice, repatrianci zza Buga, poznali się w Krakowie. Emilia, przedwojenna nauczycielka, została sekretarką przyszłego męża - Marcina Ostrowskiego, urzędnika w starostwie. 

Był czerwiec 1951 r. Siedmioletnia Anna obserwowała przez okno sutereny, jak słońce muska liście drzewa. Nagle mama zasłabła. Po kilku dniach 43-letnia Emilia Ostrowska wróciła ze szpitala, a pod oknem stanęło wiklinowe łóżeczko. Annie powiedziano, że ma siostrę. 

- Cała była czarniutka - wspomina. - Czarne włosy i czarne oczy. Bałam się, że ktoś nam ją przez okno ukradnie. Więc Anna trzymała siostrę za rączkę. "Niech się nazywa Oleńka" - poprosiła. Mama mówiła do niej "Ciucia". 

Cztery lata później Emilia Ostrowska stwierdziła, że ma w płucach dziurę jak guzik od płaszcza. Gdy wyjechała do sanatorium, dzieci zabrano do domu dziecka. Anna i "Ciucia" trafiły do sióstr zakonnych pod Krakowem. Każdą umieszczono w innej grupie. - Pozostała nie spełniona miłość do matki, ojca, rodzeństwa - wspomina Anna. 

Anna jest drobna, dziewczęca: szarozielone oczy, proste jasne włosy. Wspólnie z mężem prowadzi kancelarię prawniczą w Olsztynie. Z fotografii na ścianie biura spogląda dorosła już Ola - Kora. Czarno-białe zdjęcie z okładki płyty "Derwisz i Anioł", którą Maanam powrócił w latach dziewięćdziesiątych. Debiutem na opolskim festiwalu w 1980 roku zelektryzowała kraj: agresywna, łysa, w czarnych okularach, z silnym głosem, w skąpym stroju. Miała 29 lat, dwóch synów i męża Marka Jackowskiego - autora muzyki jej piosenek. "Boskie Buenos" bisowała, aż pękły jej spodnie. Uta Hołuj z Krakowa, przyjaciółka Kory, patrzyła wtedy na nią bez zdziwienia. - Kora nigdy nie była zwykła. Miała w sobie coś, co kazało przypuszczać, że któregoś dnia zaszokuje wszystkich. 

Hanna Bakuła również znała Korę jako hipiskę. - Wcześniej to było takie "ble, ble". Ale to "Buenos"! Powaliła mnie! 

Zaprosili mnie do pierwszej klasy 

Kilka lat temu Henryka Bochniarz założyła Klub 22. Nieformalny klub niezależnych finansowo kobiet, które osiągnęły sukces dzięki własnej pracy. - Kora była jedną z pierwszych, które przyszły mi na myśl - mówi. 

Spotkały się w studiu telewizyjnej "Bezludnej wyspy" Niny Terentiew. - Korę znałam ze śpiewania - opowiada Henryka Bochniarz. - Agresywna, wyrazista. Nie budziła mojej niechęci. Raczej zainteresowanie. 

W klubie są m.in.: Izabella Cywińska, Lena Kolarska-Bobińska, Olga Krzyżanowska, Barbara Labuda, Ewa Łętowska, Małgorzata Niezabitowska, Nina Terentiew, Magdalena Abakanowicz, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Raz w miesiącu spotykają się w prywatnych mieszkaniach i rozmawiają o polityce, kulturze, gospodarce. - Chodzimy z Korą do kina, na koncerty, dzwonimy do siebie. Okazało się, że niedaleko siebie mamy domy na Mazurach. Poznałam zupełnie inną Korę. Skromną, czasem zagubioną. Hanna Bakuła dodaje: - Dla Kory najważniejsze jest, by ją kochano i podziwiano. 

W książce "Podwójna linia życia", napisanej wspólnie z Kamilem Sipowiczem (mężczyzną, o którym mówi "mąż-niemąż"), Kora wyznaje: "Miałyśmy [dziewczynki z domu dziecka - red.] wielką, stałą potrzebę zwracania na siebie uwagi, przez co byłyśmy w ciągłym napięciu i zawsze niespokojne. Taka cecha zostaje na całe życie. Człowiekowi się wydaje, że jest niewidziany, niedostrzegany, że go nikt nie kocha, nikt nie chce". 

Boję się nocy głuchych, ciemnych 

Koło Domu Dziecka Sióstr Prezentek w Jordanowie był ogród, w którym śpiewały ptaki i stała Madonna. Wewnątrz było piekło. Takie dzieciństwo zapamiętała Kora. W "Podwójnej linii" napisała, że Boga nie ma, a jej religią są drzewa. Napisała o strachu i "niemiłosiernym miłosierdziu" opiekunek. O swojej ucieczce w przyrodę i książki. 

Ubrania dzieci zakonnice znakowały numerami. Korę ubierano w numer siedem. Siódemka długo sikała do łóżka. - A za to zakonnice karały, upokarzały - wspomina Anna. Pamięta też tęsknotę za siostrą. - Ale był zakaz kontaktowania się rodzeństwa. 

W którymś momencie Anna zrozumiała, że jest przygotowywana do życia klasztornego. Żadnych uczuć rodzinnych. 

- A ja nie mogłam zrozumieć, dlaczego Ani nie wolno do mnie przyjść, przytulić się - mówi Kora. - Była dla mnie wszystkim. Była blisko, a nieosiągalna. 

Z pamięci Kora nie może wyrzucić stołówki pełnej głodnych dzieci. - Byliśmy strasznie zachłanni na jedzenie. Byle szybciej, bo szybciej znaczyło więcej. Tak samo w domu. Ta obrzydliwa pazerność! Ten wieczny krzyk przy stole! Ten chaos! 

Kora nie znosi restauracji. - Są okresy, kiedy nie potrafię usiąść z obcymi do stołu. 

Uciekam z długiej smugi cienia 

Hanna Bakuła, która "zna Korę jak własną nogę", dzieli osobowość przyjaciółki na cztery pory roku. - Kora Lato to Kora zmieniająca poglądy jak rękawiczki. Niekonsekwentna: pali - nie pali. Pije. Nagle ryczy na mnie, że się napiłam. Miesiąc je pszenicę. A potem golonkę. 

Kora Lato to - w terminologii Bakuły - Kora burza. - Największa złośnica na świecie: pioruny, błyskawice. Potrafią ją wkurzyć niedomknięte drzwi. Wrzeszczy na mnie, bo mam faceta, który jej się nie podoba. "Mąż-niemąż" Kamil Sipowicz uśmiecha się. Mieszka z Korą od kilku lat. Zna wszystkie pory roku. - Kiedy sytuacja zaczyna ją przerastać, potrafi rozwalić telewizor. 

Starszy syn Kory Mateusz Jackowski "nie wynosi z domu tego, co się w nim dzieje": - Moja mama bywa twarda, ale jest genialna. 

Kora mówi, że "ma problemy z okiełznaniem słabości". - Wciąż walczę z cechami, których w sobie nienawidzę. Z egoizmem na przykład. 

- A potem przychodzi tęcza - maluje przyjaciółkę Hanna Bakuła. - Taka Kora to najpiękniejsze zjawisko na ziemi: urocza, ciepła, piękna. Dopóki jakiś nieszczęsny idiota nie ośmieli się powiedzieć czegoś nie tak. Bo Kora nic nie wyjaśnia. Rzuca się na ofiarę. Nie znosi sprzeciwu. 

- Z nią się nie dyskutuje - dodaje Kamil. 

Henryka Bochniarz: - Kora broni swoich racji, ale próbuje także zrozumieć inne opinie i wyciągnąć wnioski. Potrafi zmienić zdanie. Jest elastyczna. Chłonna, wiecznie poszukująca. 

Zimny palec dotyka mi serca 

Był upalny sierpień. Dziewięcioletnia Ola wróciła na stałe z domu dziecka. Wakacje spędzała w suterenie. Rodzeństwo - na koloniach. Obudziła się przed świtem. Ojciec spał, jak zwykle, w kuchni. Leżał rozrzucony na łóżku, jakby chciał wstać, ale coś go powstrzymało. - Poprzedniego wieczoru było mu zimno, więc go przykryłam - wspomina Kora. - Ani drgnął. Zemdlał - pomyślała i polała twarz ojca wodą. Woda go nie obudziła. Poszła po matkę. Matka rozpostarła parawan, za którym zwykle myła się rodzina. Zabroniła córce zaglądać. 

Potem dom wypełniły szmaciane lalki, których szyciem matka dorabiała po śmierci męża. - A ja marzyłam o zwykłej lalce, plastikowej - pamięta Kora. 

Na rozstajach błogosławi nas Madonna 

Kilka lat temu Hanna Bakuła doznała szoku. - Wpadłam do Kory, a wokół same Madonny. Tłum. Nigdy nie wiadomo, co ona wymyśli. 

- Ma wyczucie piękna, absolutu. Kora Jesień to Kora malująca, wypełniająca kolorami te bohomazy (proszę to słowo czymś milszym zastąpić!) Kamila. Ona nawet jak śpiewa, to maluje - mówi Bakuła. Pomysł Kory z malowaniem figurek Matki Boskiej to - zdaniem Bakuły - piękny, niesamowity kicz. Malowaniem figurek Kora zajęła się po powrocie z Meksyku. 

- Cały Meksyk to wielki kicz - mówi Kora. - I te wszechobecne Madonny, kolorowe, w welonach, koronkach. Bajeczne, cudne. Poczułam się jak dziecko. Coś jasnego z dzieciństwa się we mnie odezwało. Bo moje dzieciństwo nie kojarzy mi się wyłącznie źle. Czasem tylko mam wrażenie, jakby ktoś za mnie je przeżył. Na sklepowych półkach Caritasu stały białe figurki. - Odkryłam, że ich malowanie mnie uspokaja. Więc kupowałam ich pełno - mówi. Potem rozdawała bliskim. - Zostało mi już tylko dziewięć. 

W Olsztynie na ścianie biura Anny i jej męża wiszą trzy obrazy. To namalowane przez Kamila i Korę barwne ptaki. Kamil rysuje kontury, a Kora je wypełnia wesołymi kolorami. Kiedyś powiedziała: "To cudowne, że Kamil pozwala mi czuć się jak dziecko". - Czas miło się wypełnia - mówi Kamil. - Kora nie znosi bezczynności. Obraz nabiera energii, a Kora jest spokojniejsza. 

Lecę, pędzę, coś mnie gna 

W połowie lat osiemdziesiątych na koncerty Maanamu ciągnęły tłumy z całego kraju. Kręcono filmy o zespole. Fani chcieli dotknąć swojej gwiazdy, wyryć na ścianie bloku: "Kocham cię Koro" lub przynajmniej przebić koła w jej "maluchu", "abyś myślała o mnie" - jak wyjaśniała skruszona fanka. Krytycy w tekstach "Boskiej Kory" szukali ukrytych znaczeń. Jakiś dziennikarz porównał Korę do pierwszego polskiego kosmonauty Mirosława Hermaszewskiego. Młodzież rozmawiała językiem Olgi Jackowskiej: "paranoja jest goła", "żądza pieniądza", "lecę, pędzę, coś mnie gna". 

- Ludzie nie mają pojęcia, ile mamę kosztują koncerty - mówi 26-letni Mateusz. - Myślą, że mama poskacze, pośpiewa, ukłoni się i koniec. A ona po koncertach bywa tak wycieńczona, że zastanawiamy się, czy wezwać pogotowie, czy może tym razem jeszcze przeżyje. 

Zdaniem Hanny Bakuły Kora "jak nikt na świecie" dba o swoje ciało. - Przyzwyczaiłam ludzi do tego, że jestem ładna, zgrabna, że czas się dla mnie zatrzymał - mówi Kora. - Nie jestem społecznicą, która może sobie pozwolić na byle wygląd. Jestem kimś między Madonną a Tiną Turner. 

Każdego ranka ćwiczy z instruktorką. Poddaje się masażom, stara się trzymać dietę. - Napatrzyłam się na ludzi, którzy ulegali swoim słabościom. Ja od dziecka wiedziałam, że jak ugrzęznę w tym, co mi zesłał los, zginę. Jak moi bracia. 

Dwóch braci Kory umarło z przepicia. 

Łóżko 

Ola nie lubiła sutereny. W "Podwójnej linii" pisze: "Do domu mnie nie ciągnęło. Do czego miało mnie ciągnąć? Do awantur, pijanych braci, którym życzyłam śmierci? Andrzejowi życzyłam, by wpadł pod tramwaj". Zapisała się na basen i na lekcje gry na mandolinie. Śpiewała najlepiej w szkole "Zawsze niech będzie słońce". Gdy siostra Anna przyjeżdżała z domu dziecka na Wigilię, spała z nią, mamą i bratem w jednym łóżku. W dorosłym życiu urządziła sobie sypialnię tak, żeby w niej być sama. 

Kiedy w jakimś wywiadzie powiedziała, że mają z Kamilem osobne sypialnie, pojawiły się plotki. - Dziwię się, jak małżeństwo może spać w jednym łóżku. Kiedy w filmie widzę, że ludzie kładą się spać do jednego łóżka, jestem strasznie zmęczona. Po prostu się duszę. Potrzebuję przestrzeni fizycznej i psychicznej. - Ale jak jest mi źle, mam lęki, to Kamil przychodzi do mnie i czuwa, aż zasnę. 

A potem śni jej się winda. - Nienawidzę wind. Wytwarza napięcie między ludźmi, którego nie jestem w stanie znieść. 

Kim jestem i kto stwarza mnie 


Jej bunt polegał na łykaniu tabletek. Czasem zagryzała je śnieżnymi kulami, żeby nikt nie widział, jak popija. Chciała umrzeć. Ale zawsze ktoś ją znajdował. - Miałam w sobie dużo złości do świata. Nie umiałam zrozumieć, że moja mama nie jest winna naszej nędzy. My wszyscy mieliśmy do niej żal. Ale ja, żeby ją ukarać, krzywdziłam siebie. Dlaczego? Bo ona bardzo mnie kochała. 

Kora siedzi w salonie swego przestronnego domu pod Warszawą. Ubrana w jasny sweterek z dekoltem, zielone spodnie z cienkiej wełenki. Bez okularów, bez makijażu. Razi ją słońce wpadające przez duże szklane drzwi ogrodu. Kora nie usuwa się w cień. Czy chce, by było wytłumaczeniem dla łez towarzyszących wspomnieniom o matce? 

- Była szlachetna, dobra, inteligentna. Mimo biedy zawsze znalazła pieniądze, żeby zabrać mnie do operetki, do teatru. Kora nie wspomina, że jako dziecko odśnieżała podwórko i szorowała klatkę schodową, "żeby zarobić pieniążek". O tym pamiętają w Krakowie. Wie o tym też Łucja Dwernicka, pani Lusia, o której Kora mówi: "moje słoneczko". 

Kocham cię, kochanie moje 

Był rok 1983. Czas "Paranoi", gdy znajoma zapytała bileterkę w krakowskim kinie, czy nie zechciałaby zostać gospodynią domową u Kory. - Nogi się pode mną ugięły - wspomina Łucja Dwernicka. - "U tej, co tak skacze w telewizji?" - zapytałam. Znajoma potwierdziła. - Bałam się rockowej kobiety - wspomina pani Lusia. - Myślałam: u takiej to się zgubię. Ale jak mnie Kora zobaczyła, uśmiechnęła się i była inna niż w tych czarnych okularach na scenie. No i zostałam. 

Później powiedziała Korze: "Zawsze chciałam mieć córkę". Pani Lusia ma trzech synów. Jeden z nich to Artur Sarnat, bramkarz krakowskiej Wisły. 

Gdy w 1992 r. po raz pierwszy ukazała się "Podwójna linia życia", znajome pani Lusi krzywiły się: "Jak pani może u takiej, bez Boga, rozwiązła taka". Pani Lusia broniła: "Ona jest bardziej chrześcijańska od was wszystkich". 

Kora wie, że wzbudza kontrowersje. Stanisław Sojka nie chce o niej mówić. Rzuca tylko: - Albo się ją kocha, albo nienawidzi. 

- Kiedyś zbierałam do puszki pieniądze dla dzieci z domu dziecka - wspomina Kora. Ludzie chętnie dawali, ale pewien mężczyzna krzyczał, że mnie nienawidzi, bo jestem diabłem. 

Poczekaj trochę, jeszcze pożyję 

Anna, siostra Oli, ukończyła liceum pod opieką domu dziecka, zdała na prawo, wyjechała z mężem do Olsztyna. A Olga jako licealistka została jedną z pierwszych w Polsce hipisek. W "Podwójnej linii życia" napisała o narkotykach, przyjaźni z Utą i z Galią, która popełniła samobójstwo. O tym, jak się chciała spalić i jak wyzwoliła się ze złej miłości, zdradzając ukochanego na jego oczach. Wtedy została Korą. 

- Hipisi należeli do elity artystycznej Krakowa - wspomina Uta Hołuj. - Kora rzucała się w oczy. Była elektryzująca, śliczna, nadwrażliwa. Ludzi z takich domów jak ona ciągnęło pod budkę z piwem, a Kora lgnęła do artystów, do świata sztuki, magii, tajemnicy. Uta pamięta, że Kora sprawiała wrażenie zagubionej. Często była na haju. 

Anna mieszkała w Olsztynie, gdy dostała telegram od matki. "Przyjeżdżaj natychmiast". - Moja siostra leżała z obandażowanymi nadgarstkami - wspomina Anna. - Byłam wściekła. Pytałam: "Jak mogłaś to zrobić mamie?!". 

Kora milczała. - Nie chciałam i chciałam żyć - wspomina dzisiaj. - Często kładłam się spać z pragnieniem, by się nie obudzić. Miałam dość tej biedy, tego porównywania, że inni mają lepiej, a moja szlachetna, milcząca matka... - Kora przestaje udawać, że to słońce ją razi. Płacze. - Widziałam, jak matka usypia nad talerzem z zupą, a potem ta zupa wylewa się na nią. Czy można spokojnie o tym mówić?! A ja byłam wiecznie pełna pretensji! 

Każda z sióstr wróciła do własnego życia. Matkę wciąż dręczyły choroby. Braci - alkoholizm. Dom - niedostatek. 

Szukam powrotu, szukam przystani 

Był maj 1969 r. Krakowskie juwenalia. Kora wspomina: "Brałam fermetrazynę, paliłam mnóstwo papierosów i nie wychodziłam z domu. Bałam się ludzi, bałam się światła. Byłam w ciężkiej depresji". 

Marek Jackowski, student anglistyki z Łodzi, grał ze swoim zespołem Vox Gentis w Piwnicy pod Baranami. - Ona siedziała na wzmacniaczu. Miała długie rozpuszczone włosy, była piękna - wspomina Marek. 

Matce Olgi muzyk nie przypadł do gustu. - Kora była jej iskierką, oczkiem w głowie - opowiada Marek Jackowski. - Wolałaby przy niej widzieć adwokata, lekarza, a nie grajka. 

Ale obecność Marka wyciszyła Korę. - Wydawał mi się silnym mężczyzną, a ja kogoś takiego potrzebowałam. No i podobał mi się ten styl życia: wyjazdy, koncerty. To było przedłużenie mojego życia koczowniczego. 

- Byłyśmy wtedy tak biedne, że chodziłyśmy na śluby znajomych, żeby sobie pojeść - mówi Uta. To ona znalazła Korze posadę. Zdobyła szary materiał w jodełkę, ktoś uszył płaszcz i porządnie ubrana Kora została psychoterapeutką w ośrodku psychiatrii dziecięcej. Kiedy zaszła w ciążę, zrezygnowała z pracy. - Za bardzo przeżywała problemy tych dzieci - wyjaśnia Uta. 

Emilia Ostrowska umarła niespodziewanie. Miała 63 lata. Był rok 1971. - Moja matka nic nigdy nie miała. Nawet pralki! - wyrzuca z siebie Kora. - Była naszą ofiarą. Z biedy ludzie robią sobie przykrości. Potem żałują, bo w żaden sposób nie można tego cofnąć. I niosą to przez całe życie. 

Skąpana w sławie, w mroku szukam przyjaciela 

Na początku lat 90. chorzy na AIDS (w większości narkomani) nie mieli gdzie się podziać. Wyrzucano ich z Konstancina. Opiekujący się chorymi ks. Arkadiusz Nowak zorganizował koncert pod hasłem "Tolerancja". Staszek Sojka napisał piosenkę, którą zaśpiewał. Kora nie tylko wystąpiła: chciała poznać tych ludzi. 

Do ośrodka dla zarażonych wirusem HIV w Konstancinie Kora przyjeżdżała kilka razy w tygodniu przez kilkanaście miesięcy. - Była z nimi, pocieszała. Pożyczała im samochód, pomagała finansowo - wspomina ks. Arkadiusz. - Jej wizytom nie towarzyszyły kamery ani fotoreporterzy. Najwyżej ktoś z rodziny. 

- Byłam wściekła na ludzi, którzy pluli na tych chorych - opowiada Kora. 

- To Kora Zima - mówi Hanna Bakuła. - Wyciszona, nie do fotografowania. Współczująca. Kora - anioł. Kamil Sipowicz mówi, że w obronie słabszego bywa nieobliczalna. Potrafi zatrzymać tramwaj na środku skrzyżowania, by kaleka mógł przejść przez jezdnię. Bardziej współczuje psu, który pogryzł Kamila, niż Kamilowi. 

Lubię ciszę z burzą w środku 

Jackowscy zamieszkali z synem Mateuszem w Warszawie. Małżeństwo nie wyleczyło Kory z samotności. - Myślę, że sama siebie rozczarowałam - mówi Kora. - Marek okazał się normalnym człowiekiem z wieloma słabościami. Z wrażliwością, która nakładając się na moją, powodowała, że nie czułam się bezpiecznie. Z jednej niepewności wpadłam w drugą. To mnie bolało i byłam dla Marka niedobra. Jak niedobra? - Bardzo. 

Kamil Sipowicz zobaczył ją w windzie bloku, w którym mieszkał z matką. Ubrana w spodnie i sweterek, w którym było dużo niebieskiego. Na jej szyi wisiała koniczynka. Udawał, że gapi się na koniczynkę. Był hipisem, studentem filozofii. - Kiedyś kolega, chyba Amok, zabrał mnie do swojej koleżanki hipiski - wspomina Kamil. - Weszliśmy do jej mieszkania i dech mi zaparło. Kora okazała się piękną nieznajomą z windy. 

Był rok 1974. Marek grał w grupie Osjan. Jeździł na koncerty. Dwa lata później urodził się Szymon, syn Kory i Kamila. - A ja uciekłem - wspomina Kamil. - Byłem studentem. Przeraziłem się starszej ode mnie kobiety z dwójką dzieci. 

Zdaniem Hanny Bakuły Kora Wiosna to miłość. - Zakochuje się jak średniowieczny mężczyzna. Na śmierć. Zmienia się w zależności od tego, w kim się zakochuje. Rozkwita. I natychmiast jakiś wiersz z tego powstaje. Kora przetrwała odejście Kamila przy mężu i synach. - Dla mnie najważniejsze były dzieci - mówi Marek. - O reszcie nie mówmy. 

Znów zamieszkali w Krakowie. - Pod balkonem posadziliśmy drzewa - ożywia się Marek. - Dwie lipy, kasztan, jarzębinę, migdał, pigwy, gruszę, jabłoń. Ale Kora nadal znikała i wracała. - Nie byłem macho, takim, który by umiał stanąć murem za kobietą. Wychowany na wsi, byłem bardziej chłopcem z mazurskich jezior, chłopcem przyrody. Bardziej dojrzały jako muzyk niż jako mężczyzna. 

Dobry słuch żony wyłapał, gdy podśpiewywała. Gorzej było z głosem. - Nieprofesjonalny - ocenił. "Niech śpiewa od rana do wieczora - poradził kolega. I Kora dzień po dniu ćwiczyła arie. Najpierw przerabiała wiersze Kamila na teksty piosenek. Z czasem swoje niepokoje zaczęła układać w poezję. Marek komponował muzykę. A potem było to "Boskie Buenos". 

W piwnicach pamięć snuje się po kątach 

Sukcesy Maanamu nie uratowały małżeństwa Kory i Marka. - Mamy często nie było w domu - wspomina Mateusz. - Wiedzieliśmy, że taką już mamy mamę, że musimy za nią tęsknić. 

Kora często jeździła wtedy do siostry. - W latach osiemdziesiątych odnalazłyśmy się - mówi Anna. - Kora wypytywała mnie o dom dziecka, o matkę. "Pamiętasz, jak zakonnice nazywały cię Gwiazdeczką?" - pytałam. Ale ona wtedy pamiętała tylko mrok. "A mama?" - pytała. "Pamiętasz - odpowiadałam - jak ojciec prosił: no, Micia, zaśpiewaj coś. I mama pięknie śpiewała, perliście się śmiała. Było bardzo wesoło". 

Ale Kora nic wesołego z sutereny nie pamiętała. - Może ja byłam zła? - zastanawia się. - Bardziej zbuntowana? 

Odchodzisz, czuję, ale nie płaczę 

To Marek w 1983 r. sprowadził do domu panią Lusię. Wtedy, gdy postanowił odejść. - Ludzie patrzyli na mnie jak na mięczaka - wspomina. - Że jacyś faceci przy niej, a ja alkoholik. Znalazłem panią Lusię. Zobaczyłem, że Kora traktuje ją jak matkę. I że pani Lusia ma serce wielkie jak cały świat. 

Kiedy zniknął, Kora rozwiązała zespół. - Leżała jak umarła - opowiada pani Lusia. - Tuliłam ją jak córkę. Czasem ich smutki mieszały się i płakały razem. - Dzięki dzieciom i pani Lusi wtedy przeżyłam - mówi Kora. - Pani Lusia to najjaśniejszy punkt w moim dorosłym życiu. Wniosła do mojego domu spokój, harmonię, miłość. 

Pani Lusia ogląda kasetę z benefisem Kory z 1995 r. - O, tu o mnie mówi - pani Lusia płacze na wideo i płacze przed telewizorem, a Kora mówi na całą Polskę o niej jak o słońcu, które nigdy nie zgaśnie. Pani Lusia wspomina: - Potem Kora się dźwignęła. Zaczęła dużo czytać, odpisywać fanom na listy, wychodzić z domu. 

- Nie wiem, czy Marek o tym wie, ale teksty do płyty "Sie ściemnia" to jemu dedykuję. Próbuję mu coś wyjaśnić. - Marek to najważniejsza osoba w życiu artystycznym Kory - tak uważa Uta, Hanna Bakuła, wszyscy. I Kora to wie. Marek Jackowski mówi: - Jesteśmy jak dwie połówki, ale tylko w procesie twórczym. Bo my z Korą nie produkujemy, my tworzymy, a do tego trzeba porozumienia. - Marek był dla mnie oczyszczeniem - mówi Kora. - Dzięki niemu wydobyłam się z mroków, kokonów, ze świństwa, w którym tonęłam całe życie. 

Pod nieobecność Kory do jej domu przychodził brat Andrzej. Prosił panią Lusię, by go wpuściła, że tylko na zdjęcia popatrzy. Oglądał zdjęcia matki i Kory. Wspominał, jak odwiedzał Korę w domu dziecka, a ona była taką szczebiotką. A potem pani Lusia usłyszała, że Andrzej "się zapił". 

W końcu lat 80. do życia Kory wrócił Kamil. Zamieszkali w Warszawie. Został menedżerem nowego Maanamu. 

Historia zmyślona, z którą nam do twarzy 

W telewizji Kora wygłasza ostre sądy: krytykuje Papieża, popiera karę śmierci, legalizację miękkich narkotyków, prawo kobiety do aborcji. Zawsze zza czarnych okularów. Każdy zna taką Korę. - Okulary dają mi poczucie bezpieczeństwa. To parawan. Zwłaszcza w telewizji. To bardzo niekomfortowe miejsce. 

- Dzwoni dziennikarka z kolorowego pisma - opowiada Kora. - Będziemy rozmawiać o świętach Bożego Narodzenia: pięknych, kolorowych, optymistycznych. Zrobimy zdjęcia z choinką. Ja mówię, że jestem człowiekiem ekologicznym i nie niszczę drzew. Nie szkodzi, oni coś zaradzą. Przyjeżdża milion osób z choinką, ozdobami, śniegiem, świecidełkami. Myślę - powiem parę zdań, wyjdą. Opowiadam o Wigilii, prezentach. Ona naciska, żebym jeszcze coś sobie przypomniała. Drąży i drąży. Jestem zirytowana, idzie noc, rano mam samolot, więc odpalam: "Przestańmy wreszcie grać! To, co pani opowiedziałam, jest zmyślone! Bo ja świąt nienawidzę! To martwa tradycja, przez tyle lat to była udręka, po karpia się stało trzy dni!". 

Mateusz dodaje: - Jak dziennikarz nie ma pomysłu na program, zaprasza moją mamę. Ona zawsze coś wymyśli. 

Świat pełen jest tajemnic 

- Najbardziej fascynujące w Korze jest to, że nie wiem, jaka będzie za dwa tygodnie - mówi Henryka Bochniarz. - Ale jednocześnie ma w sobie coś stałego, co pozwala mieć pewność, że Kora nigdy nie zawiedzie. 

By odpocząć, Kora jeździ na Mazury. - Nadrabiamy stracone lata - mówi Anna. - Siedzimy, szumią nam drzewa, a ona się do mnie tuli. Mówią o planach Kory: może założy butik albo sklep z okularami? 

I znów cofają się w przeszłość. Kora coraz spokojniejsza. Stara się wydobyć dobre wspomnienia. I owija się nimi jak puchową kołderką. A potem usypia. - I śni mi się las: wielki, przestronny, pełen muchomorów. 

tekst: Irena Morawska
Wszystkie śródtytuły pochodzą z tekstów piosenek Kory 

 
  

powrót